Revell-acja, czyli Leopardy dwa.

Szczęście podwójne mnie kopnęło, bo dwa dni po otrzymaniu z rąk mej Ukochanej Leoparda 1 dostałem do rąk własnych Leoparda 2A4 (1:72) z Revella od przyjaciela:

20140827_160500 20140827_160519

Jako że to jedna linia czołgów o dość podobnej budowie postanowiłem, że będę je składał jednocześnie – gdy jednemu schnie wieża, drugiemu robię kadłub i odwrotnie.

20140827_213848 20140829_172626Oba modele zaprezentowały doskonały wzór wyprasek, spasowania części i „klejalności” – nie sprawiły one prawie żadnego problemu poza nawykowymi niedociągnięciami typu zbyt głębokiego wycięcia czegoś skalpelem czy przypiłowania za mocno kółka. Powyżej prezentuje się napęd Dużego Leo oraz piękna wieża, choć nieco odbiega od pudełka czy oryginału. Najbardziej brakuje mi tu miechu między jarzmem działa a przodem wieży, tego materiałowego widocznego na kartonie oraz kształt wieży na dole również nie jest do końca zgodny z oryginałem – realnie wieża (patrząc od przodu) wygląda nieco jak hełm żołnierzy niemieckich, tu trochę upłaszczono i wygładzono konstrukcję. Tak czy inaczej faktura wieży jest wspaniała, imituje odlew.

DSC_1000 DSC_1010 DSC_1011 DSC_1012Tu z kolei elementy składowe Małego Leo – wieża już ewidentnie nowocześniejsza, bardziej kanciasta i nieco zmienione wietrzenie silnika z tyłu. Leo prezentuje, podobnie jak starszy brat, przepiękną linię kadłuba (tu jeszcze bez „spódniczki”, która też by się przydała Leo 1, bo będzie miał finalnie gołe gąsienice). Malucha składało się nad wyraz szybko i poprawnie – tu na uznanie zasługuje ponownie Narzeczona, która udostępniła mi malutkie obcążki, przez to nie złamałem ani nie zniszczyłem żadnego elementu… no dobra, poza jedną czy dwiema antenkami. Tu mam czasem wrażenie, że osoba odpowiedzialna za projekt wypraski robi to na oko i nigdy nie ma okazji wyciąć elementów ze swojego chorego pomysłu; owszem, nie wymagam, żeby antenki i inna drobnica leżała grzecznie wycięta jeszcze w fabryce, ale antenka w skali 1:72 przymocowana do wypraski w 2 miejscach, to już przesada.DSC_1013 DSC_1015 DSC_1016Mały Leo jeszcze bez akcesoriów kadłuba, a na ostatnim zdjęciu gotowy w pełni (z lusterkami, światłami itp.). Młode jeszcze brzydkie, bo ma bardzo ciemny, ale błyszczący plastik, przez co wygląda średnio atrakcyjnie – po podkładzie powinien dostać nieco uroku.

Obecnie oba czołgi są w pełni zmontowane, ale na sucho i w 2-3 częściach (osobno kadłuby dół-góra, a w Dużym Leo koła luzem założone na gumowe zatyczki), bo założenie trakcji będzie wymagało gimnastyki: w przypadku Dużego Leo to cienkie gumowe gąsienice, zaś u malucha – półsegmentowe! Półsegmentowe, bo na szczęście długie proste odcinki pod i nad kołami są gotowe, złożenia wymagają „tylko” zakręcające odcinki na kołach napinających i napędowych osiach. Niby już to przerabiałem w 2 pojazdach, ale za każdym razem mam miękkie kolanka.

Reklamy

Najsmutniejszy czołg świata, bonusik i Projekt Sówka.

No to lecimy od początku. Wczorajszego dnia „stało się!” i w mych kończynach chwytnych wylądował sprezentowany przez Wspaniałą Kobietę model, którego wykonanie już na wstępie jej dedykuję.

Wspomniany pojazd, to Tamiya Kampfpanzer Leopard (1:35) i – jak łatwo zauważyć – jest to mój pierwszy model tej firmy.

20140825_153627

Zdjęcia nieco cieniutkie, bo zrobione na szybko telefonem i przy słabym świetle.

Co mogę powiedzieć już na początku: świetny plastik, mocny i wytrzymały; doskonale odwzorowane części (zwłaszcza wieża z fakturą odlewu stali); wypraski bez nadlewek/odstającego plastiku; bryła pojazdu niesamowita – widać mocny wpływ linii Panter, a zawieszenie z kolei żywcem zerżnięte z amerykańskich czołgów średnich w stylu Pattona czy Pershinga.

20140825_153710 20140825_154041

Części nie jest zbyt wiele, ale już widzę, że frajda będzie spora. Za sklejanie jednak wezmę się dopiero w środę, bo jestem aktualnie bez kleju, podkładu i pomysłu na kamuflaż (choć podejrzewam, że będzie to tri-color). Póki co wypraski są wykąpane i przesuszone, a po złożeniu na sucho czterech największych części widać jedno – pasują jak ulał… czy raczej jak odlał, w sensie – ktoś, z plastiku.

A teraz wytłumaczenie tytułu wpisu: dlaczego Leopard jest najsmutniejszym czołgiem świata? Ano dlatego:

Wrzucam pionowo, a się nie chce obrócić. Tak czy siak podwozie jest bardzo smutne. Na razie nic więcej nie powiem, bo model czeka sobie na klej.

Sprawa druga, czyli bonusik:

20140817_160326 20140817_160332 20140817_160337

Cutty Sark mojej Narzeczonej rośnie w oczach i wygląda oszałamiająco (pomijam już kwestię pierwszego w życiu modelu czy malowania pędzelkami). Model dosłownie najtańszy z możliwych, a jednak wspólnymi siłami udało się bryłę złożyć i to już po malowaniu. Zostało kilka miejsc, które nadgryzł sobie klej albo okazało się, że wymagają poprawek po spasowaniu połówek, jednak praca idzie doskonale. Osobiście chylę czoła przed dokładnością linii pomalowanych pędzlem oraz świetnym kryciu kolorami kadłuba.

I sprawa ostatnia – Projekt Sówka.

To również drobny prezencik od powyższej Damy: mała, bo może sześciocentymetrowa sówka siedząca na książce, a wykonana z podobnego materiału, co Chiński Wojownik. Sama figurka wygląda ślicznie i szkoda mi trochę ją „psuć”, ale chciałbym przemalować ją po swojemu i wypróbować malowanie farbami olejnymi.

20140825_172729

Tak, wygląda jakby mówiła „nie maluj mnie!” i boje się, że ją zepsuję, ale zrobię co w mojej mocy, żeby wyszła ładnie. Na początek muszę dowiedzieć się jakiego podkładu użyć pod farby olejne (oby to nie był na przykład Mr. Surfacer…), a potem jadę z sówką na łamach wpisów.

Nagły zgon wśród drobiu.

W poprzednim wpisie informowałem, że będzie on przedostatni, a następny w kolei dotyczył będzie końcowych efektów i wykończenia artylerii… a tu w międzyczasie nastąpiła śmierć jednej z gąsek. Ewentualnie wersja dla fanów głowy pewnej Kiepskiej rodziny:

Umcia umcia, pękła gumcia
– Ferdynand Kiepski

Tak czy inaczej – spoglądam dziś na stojący od kilku dni na półce model, a tu:

DSC_0988 DSC_0987Jak na złość gąsienica strzeliła na zębatce napędowej, a specjalnie ułożona była tak, bo nad trzecim kołem jezdnym widoczny jest „garb”, który odpisywałem wcześniej. Prawdopodobnie przez ten garb była za mocno napięta.

Teraz nie mam większego pomysłu na naprawienie szkody, bo ani przesunąć ją przeciwnie do wskazówek zegara, ani zgodnie z nimi… Optymalne byłoby dokupienie gąsek segmentowych, ale pewnie przekroczą one koszt modelu. Eh, Italeri, eh!

Gąski, wszędzie gąski.

Niniejszy wpis jest chyba przedostatnim z budowy amerykańskiej artylerii, poświęcę go trakcji – prace końcowe, brudzenie, pigmenty i olejki zostawię na ostatni wpis.

Na początku BŁĄD *Jeśli już nie łączymy gąsienic gumowych w sposób proponowany przez instrukcję (zgrzewanie ciepłym metalem – zrobiłem to pierwszy i ostatni raz przy Matyldzie: dwa ogniwa zniknęły w mgnieniu oka), a klejem cyjanoakrylowym – Kropelką – to polecam sprawdzić stan kleju w tubce. Ja wydobyłem dwie ostatnie krople z opakowania, z którego klej już wywietrzał i były one na tyle… słabe(?), że po przeschnięciu miejsce klejenia nieco popuściło. Nie jest to jakieś karygodne, ale mogło skończyć się gorzej*.

Gąsienice sklejone były już od początku składania modelu, bo nie było w sumie na co czekać w czasie schnięcia innych części.DSC_0863 DSC_0865

Tu jeszcze goła guma, w sumie nic ciekawego. W prawej sztuce na „południe” od środka widać wspomniane w pierwszym wpisie wybrzuszenie spowodowane niezbyt dokładnie wykonaną gumową wypraską gąsienic – jedna „nóżka” wypraski ściągała gąskę za mocno do siebie.

DSC_0867DSC_0868

Tutaj już z czarną Tamiyą. Gumowe krańce ogniw nie wyglądają tutaj zbyt dobrze (wina gumy), ale finalnie z przetarciami, oksydacją i brudzeniem dają radę.

Następnie po wyschnięciu czarnej farby nałożyłem półbłyszczący Gun Metal Pactry metodą „dość suchego pędzla” – nie suszyłem go całkowicie, chciałem, żeby nieco nabrudził:

DSC_0869 DSC_0871DSC_0873

Ciekawostka – pierwszy raz spróbowałem gąsienice przetrzeć dodatkowo grafitem. Efekt pod światło wyszedł świetny, co spotęgowane było dodatkowo prostokątnym kształtem środkowych części ogniw: bardzo fajnie grafit osiadał na krańcach.

Na koniec nałożyłem oczywiście pigment home-made z suchych pasteli, brąz i żółtawa, nakrojone skalpelem, wciśnięte bardzo dużym pędzlem, a nadmiar zdmuchnięty na kartkę. Później ten zdmuchnięty proszek nakładałem na wewnętrzną stronę gąsienic.

DSC_0874

Na koniec, już po brudzeniu pastelami, ponownie przejechałem krańce prostokątnych elementów, by wydobyć oksydację stali. Jako że to grafit, najlepiej efekt widać pod światło.

To by było na tyle, ostatni wpis poświęcę podsumowaniu budowy, pracom końcowym i brudzeniu góry. Zostało mi jeszcze kilka rzeczy do zrobienia przy kołach, ale ogólnie pojazd stoi o własnych siłach i wygląda imponująco.

Malowanie całości.

Wpis dedykowany, bo na stworzenie go wpływ miała prośba jednej z moich wiernych czytelniczek, a jakoś nie mogłem się zebrać do tego.

Miał być wpis „zoologiczny” z dużą ilością gęsiny (zdjęcia z malowania i brudzenia gąsek), ale zobaczyłem, że nie dodałem jeszcze opisu malowania, więc wspólny wpis byłby za długi.

No to żeby nie przedłużać: po złożeniu tego, co dało się złożyć pod malowanie (kadłub z dodatkami, działo i przyległe urządzenia) przystąpiłem do nałożenia podkładu (znów padło na Pactra A37 Gunship gray). Póki co zrezygnowałem z Light Ghost Gray, bo Gunship jest ciemniejszy, a poza tym ostatnie modele miały jasne plastiki, więc Gunship przyciemnił mi późniejszą bazę.

Wpis ten będzie też pierwszym z „nowej serii” wpisów z BŁĘDAMI*xxx*. Postaram się takim zapisem i kolorem wskazywać popełnione istotne błędy, bo taniej uczyć się na moich, niż popełnić je samemu.

20140717_163939 20140717_183448 20140718_164748 20140717_163949Z tego co pamiętam miałem jakieś drobne problemy z aerografem na tym etapie lub podczas malowania bazy, bo na poziomej powierzchni kadłuba mam jakby proszek w warstwie farby. Bałem się to polerować, bo by mi wytarło do podkładu albo plastiku i ponowne malowanie groziłoby widoczną różnicą w kolorach.

Następnie przyszedł moment na preshading. Tu nowość, bo wykonany został pierwszą w mojej „karierze” farbą Tamiya XF-1 Flat Black poleconą przez pana Krzysia ze sklepu modelarskiego, za co mu przy następnej wizycie podziękowałem (jak stwierdził – polecił z czystym sercem, bo wiedział co robi). Faktycznie – farba dmuchała bez porównania do Pactry. Żadnego plucia, rozcieńczyła się odrobiną wody i służyła do delikatnego preshadingu, ale bez problemu wykonała mocne, ciemne bandaże kół. Warto wspomnieć, ze Tamiya 10ml kosztowała o dobre 50% więcej niż tak samo duża Pactra.

20140718_184440 20140718_184516Później nadeszła chwila na warstwę farby bazowej, Pactra A20 African Yellow, oczywiście mat. Pracowało się nią… dostatecznie. Miała spore fochy, zatykała dyszę i była sama w sobie dość rzadka. BŁĄD *Gdzieś między powyższymi czynnościami zrobiłem to, o czym tylko czytałem na forach i w poradnikach – „uwaliłem” jedną dyszę, a konkretnie jej gwint. Dokręciłem kluczem ciut za mocno i przy odkręceniu gwint został wkręcony we wnętrze pistoletu. Trzeba było włożyć w gwint coś twardego i rozpychając się, kręcić, wykręcając go na zewnątrz. Polecam uważać, bo jak wiadomo – taniej kupić nowy pistolet z dyszami i iglicami, niż dokupować sztukę dyszy.

20140718_185424 20140720_104855 20140720_104904Na koniec wpisu opowiem krótko o dalszym malowaniu, po bazie – otóż zrobiłem to, co na pewno w przypadku Tigera, a możliwe, że i przy pracy nad Pattonem. Mianowicie chodzi o zmianę jasności farby wraz z nachyleniem blach. Wyglądało to następująco: blachy ukośne względem poziomu pojazdu (oś X) zostały w kolorze African Yellow, te poziome potraktowałem (sam nie spodziewałem się, że ten kolor da radę, ale dał) Skin Tone Light/White, a te poziome, ale wyższe partie – bielą. Stopniowanie tonów dało bardzo fajny efekt odbijającego się światła.

20140720_142504Podczas prac nie korzystałem z post-shadingu i w sumie nie wiem czy z braku potrzeby czy z braku pamięci.

Powyższe zdjęcie pokazuje kadłub suchy, tylko z farbą. Na całość oczywiście przyszedł później Sidolux, co zmiękczyło przejścia między kolorami i całość wyglądała bardziej naturalnie.

Koła osobno potraktowałem w ten sam sposób. BŁĄD*Niestety, z kołami trzeba się obchodzić jak z jajkiem – ze względu na swój kształt lubią uciekać, toczyć się i spadać na podłogę. Najbardziej skore do ucieczek są te pomalowane, bo przy okazji nie tylko brudzą przejechany odcinek, ale łapią kurz, „cićki” i obijają sobie świeżą farbę. Tu znów nowa warstwa może grozić poziomowaniem się kolorów. Jedno koło ucierpiało mocno, ale na finalnym miejscu udało się to nieco zamaskować*.

Tak, następny wpis o gąskach.